poniedziałek, 1 listopada 2010

Piszę strasznie rzadko, ale brakuje mi na to czasu. Jest tyle innych, znacznie ważniejszych rzeczy... Po kolejnej zmianie i jeszcze kolejnej, i jeszcze... (prawie co tydzień coś zmienialiśmy), wypracowaliśmy sobie rytm pracy. Nasz plan wygląda tak:
9:00 zaczynamy - ćwiczenia logopedyczne i fizyczne - 30 minut (na szczęście Vojty już nie musimy ćwiczyć).
9:30 Szymek: angielski z ćwiczeniówki/na komputerze, Tosiek: karty pracy/ćwiczenia dla dyslektyków/pisanie.
10:45 spacer - zabawy na dworze (bez względu na pogodę i lenistwo)
11:30 Szymek: kalendarze szóstoklasisty, ortograffiti, krótkie zadanie pisemne, Tosiek: coś na komputerze (angielski, matematyka)
około 12 - Szymek: praca nad danym przedmiotem, każdego dnia innym (z książek, komputera), Tosiek: matematyka i angielski z ćwiczeniówki.
W poniedziałki jeszcze basen, a we wtorki modelarstwo/ceramika i angielski z panią.
I tak to się kręci. Zdarzają się odstępstwa i ogony (czyli coś nie zrobionego na czas). Generalnie dzieci pracują dużo i solidnie. Oby to przyniosło efekty.

piątek, 17 września 2010

Miesiąc za nami...

Wprawdzie minęło dopiero 17 dni września (wyjątkowo deszczowego), ale za nami jest już 4 tygodni nauki, bo zaczęliśmy wcześniej. Czas na bilans:
1. Jest trudniej niż myślałam, bo
- materiału jednak sporo,
- ciężko zapędzić dzieci do systematycznej pracy,
- trudno ich podnieść rano z łóżka,
- konieczność wplecenia w te wszystkie zajęcia godziny ćwiczeń (Szymka rehabilitujemy Vojtą + zestaw ćwiczeń) momentami mnie przerasta,
- czasami utykamy na czymś - nauczyciel poszedłby dalej, odpuścił, albo dzwonek przerwałby jego rozważania, co z tym zrobić - a my "zawieszamy" się na jednym zadaniu i siedzimy nad nim do rozwiązania, a wtedy nagle na zegarku jest już 15!
- Inka przeszkadza momentami okropnie (rosną jej zęby i jest marudna),
- to co było problemem (pisanie, twórcze myślenie) - jest problemem, który magicznie nie zniknął...
2. Jest fajniej niż myślałam, bo
- znane rzeczy można opuścić,
- to co nudne można zrobić inaczej, ciekawiej,
- w przerwach można poleżeć i poczytać książkę,
- chłopcy zachowują się względem siebie lepiej,
- mamy czas na basen, ceramikę, modelarstwo.
Tylko wizja egzaminów trochę mnie przeraża...

sobota, 7 sierpnia 2010

Mój mały "coming out"


"Coming out" - zdecydowałam się użyć tego określenia nieco przewrotnie, ponieważ absolutnie nie chodzi o orientację seksualną. Ku memu zdziwieniu odkryłam jednak, że to, czego używaliśmy w żartobliwych rozmowach, jak najbardziej odnosi się do naszej sytuacji, bowiem (cytując za Wiki): Czasami termin ten używany jest w stosunku do osoby lub grupy osób, które decydują się publicznie zaprezentować swoje poglądy uważane za odbiegające od poglądów ogółu społeczeństwa (np. coming out niewierzących).
Dlaczego o tym piszę? Myślę, że najwyższy czas stawić czoła problemowi. Poznajemy nowych ludzi, jakoś się zaprzyjaźniamy, a ja czuję się z tym źle, bo nie mówię otwarcie o tym, co dla innych stanowić może tak wielki problem (o czym się już wielokrotnie przekonałam.) Teraz mówię o tym jasno i jeśli nie chcecie nas zaakceptować z całym "dobrodziejstwem inwentarza" - trudno: jesteśmy ateistami (może po części agnostykami...). Nie chodzimy do żadnego kościoła i nie należymy do żadnej religijnej wspólnoty - ja i dzieci nawet formalnie nie mamy nic wspólnego z Kościołem. My - dorośli nie wierzymy w Boga i dokładnie taki światopogląd przekazujemy naszym dzieciom. Czas najwyższy na kolejny krok w wychowaniu naszych dzieciaków - naukę, jak z dumą głosić własny światopogląd i nie bać się, że jest on inny niż większości. Jak pogodzić się z odrzuceniem, nietolerancją, złośliwościami, choć to akurat nasze dzieci bardzo dobrze poznały w szkole. Nasza niewiara to jeden z powodów, dla których Edukacja Domowa wydaje się być najlepszym rozwiązaniem.

wtorek, 8 czerwca 2010

Po spotkaniu...

Za nami pierwsze realne spotkanie z innymi rodzicami ED. W związku z tym kilka refleksji, ale może po kolei.
Pojechaliśmy do Krzyżowej w piątek wieczorem - niby mamy niedaleko, ale górki są tak rozsypane, że droga wije się wokół nich, jak jakiś wąż. Nie mogliśmy też skrócić sobie drogi przez Słowację, ponieważ Ina nie ma jeszcze dowodu. Zakwaterowaliśmy się w Krzyżowej - miałam sporo obaw, jak mała zniesie to wszystko, ale najwyraźniej mama jednak jest wszystkim dla takiego trzymiesięcznego malucha i gdzie ona, tam dom. Dzieci poszły na dwór, gdzie zaraz nawiązały nowe znajomości, a w końcu podekscytowane poszły spać. My niestety nie bardzo mogliśmy zasnąć, sama nie wiem czemu.
Następnego dnia było spotkanie w Koszarawie Bystrej. Rodzice prezentowali swoje rodziny i mówili o tym, dlaczego podjęli taką decyzję. Większość argumentów była podobna do tych naszych: niski poziom nauczania, fatalne wzorce zachowań wynoszone ze szkoły, ale także trudne dziecko, które nie znajduje sobie w szkole miejsca. Generalnie spotkanie to uważam za interesujące doświadczenie.
Później była gra terenowa, w której uczestniczyli głównie chłopcy, ja z Inką spacerowałam sobie i nawiązywałam znajomości oraz prowadziłam bardzo pouczające rozmowy. Wypytywałam o to, co mnie najbardziej gnębiło (mam nadzieję, że nie byłam zbyt nachalna) i umacniałam się w podjętej decyzji. Później był bigos i spotkanie przy ciastach, a potem pojechaliśmy do domku, bo Inka była coraz bardziej zmęczona - nie umiała przy tym wszystkim zasnąć i choć wcale nie płakała, to widać było, że zbliżamy się do granicy wytrzymałości naszego niemowla.
No to te obiecane refleksje:
  • rodzice ED są bardzo otwarci,
  • ile rodziców - tyle rozwiązań,
  • wybór szkoły uważam za dobry,
  • nawet z angielskim sobie poradzimy,
  • ogólnie jestem dobrej myśli.
I na koniec - pewne zaskoczenie - przez większość czasu kotłowała się tam masa dzieciaków, było dużo chłopców w wieku 4-8 lat. Ku memu zdziwieniu nie doszło do żadnej bójki, awantury (no może jakieś jedno sypnięcie piaskiem po oczach i trochę biegania z kijami). Czyżby dzieci uczone poza szkołą były lepiej przygotowane do życia w grupie niż te "szkolne"...?

czwartek, 6 maja 2010

Nasze za i przeciw edukacji domowej

Podjęcie decyzji nigdy nie jest łatwe, a im bardziej ta decyzja może zaważyć na naszym życiu, tym trudniej jest się zdecydować. Człowiek rozważa wszelkie za i przeciw, waha się, zmienia zdanie. Tak właśnie jest teraz z nami. Wciąż i wciąż wracamy do tych samych argumentów i do bólu analizujemy każdą wątpliwość. Momentami przestaje to przypominać rozmowę, a raczej maglowanie w kółko tego samego. Obecnie lista wygląda tak (kolejność argumentów przypadkowa).
Za, bo:
- w szkole robi się patologicznie - mnóstwo agresji, słownej i fizycznej,
- poziom nauczania... no cóż, jeśli chcę, żeby coś umieli, muszę ich tego nauczyć w domu,
- multum zadań domowych (typu wytnij 3o kwadracików o boku 1cm, potnij na trójkąty i ułóż z nich coś), które zajmują bardzo dużo czasu, a są nudne,
- chłopcy będą musieli pracować razem - jeżeli nauczą się współpracy ze sobą... żadne kontakty międzyludzkie nie będą stanowić już dla nich wyzwania,
- wzięcie odpowiedzialności za siebie samego: naukę, wiedzę i rozwój,
- możliwość lepszego motywowania dzieci,
- uczenie się w bardziej sprzyjających warunkach niż ławka/klasa/szkoła,
- możliwość pracy we własnym tempie,
- poznanie nowych ludzi,
- opanowanie nadpobudliwości i koncentracji Witka, który fatalnie reaguje na wszelkie nieprzewidziane sytuacje, a takich w szkole jest zbyt wiele,
- pielęgnowanie pasji - teraz nam na to brakuje sił i czasu,
- zamiast pracy na ocenę, praca dla własnej satysfakcji.

Przeciw, bo:
- brak codziennych kontaktów z rówieśnikami,
- niemożność grania w gry zespołowe,
- trudny powrót w razie niepowodzenia,
- konieczność systematycznej pracy bez "przymusu",
- organizacja pracy, systematyczność - czy się uda?
- języki obce... nasza pięta Achillesowa, będzie trzeba szukać pomocy,
- trudność w dostosowaniu się do systemu po powrocie, bo przecież kiedyś trzeba będzie wrócić,
- konieczność wyjazdów (pływanie? karate? modelarstwo? język? moje prawo jazdy?)
- opinia innych (krewnych i znajomych królika, ale także sąsiadów),
- nowa szkoła - niby nie na co dzień, ale jednak.

Uff, tak to się mniej więcej kształtuje.

środa, 5 maja 2010

Trudne początki

Witam!
Do tej pory jakoś nie czułam przymusu, aby prowadzić bloga. Ostatnio jednak natrafiam na tyle wspaniałych blogów niezwykłych ludzi, że pozazdrościłam. Też zachciało mi się mieć takie miejsce, w którym mogłabym napisać o naszych sukcesach (i pewnie porażkach) związanych z edukacją domową, pokazać nad czym pracujemy, uporządkować linki do stron i blogów wartych odwiedzenia. Nie znaczy to jednak, że już możemy się do homeschoolersów zaliczać. Wprawdzie klamka zapadła (no prawie), jednak chcieć to jedno, a móc to drugie. Wciąż jesteśmy na etapie załatwiania papierów. A termin goni...