czwartek, 6 lutego 2014

Nie mnóż bytów...

Był taki facet, Ockham mu było i on miał brzytwę... I choć nie on, tylko Clauberg, to jednak ciachu, ciachu tą brzytwą. I tak, z 3 moich blogów ponad potrzebę, ostał się jeden. Niestety, nie ten.
Jeśli jesteś ateistą i szukasz wsparcia oraz innej drogi edukacyjnej (edukacja domowa), zapraszam (możesz napisać na maila z tego profilu lub ze strony www.gadzetomama.pl  pamiętaj też, że na FB jest grupa "Edukacja domowa dla racjonalistów" tam też jestem i nie tylko ja :-)).
Jesteś ciekaw, co nowego u nas, zapraszam.
Lubisz podejrzeć, jak się uczymy, zapraszam.
Gdzie?
Na mój jedyny od dziś blog: www.gadzetomama.pl

czwartek, 2 sierpnia 2012

Mój Korczak

Stary Doktor na początku nie był dla mnie ani doktorem, ani starym. Ot, nazwisko na okładce książki. Jednej z tych, które w jakiś sposób ukierunkowały moje późniejsze czytelnicze wybory. I jedyną taką, która tak bardzo mną - dzieckiem wstrząsnęła, że bałam się ją skończyć. I mimo tak wielkiego wrażenia, jakie na mnie wywarła, nigdy więcej do niej nie wróciłam. (Tu, na marginesie, dodam, że jestem maniakiem wracającym po wielokroć do tych najważniejszych dla siebie książek, mam takie czytane po ...naście razy). Dlaczego ponownie po nią nie sięgnęłam? Początkowo z lekkiej obawy przed atmosferą przygnębienia i... chyba lekkiej złości, że mimo tylu prób mi samej nie udało się czarować, a potem ze strachu, że cała magia tej historii i moich z nią związanych przeżyć pryśnie. Od "Kajtusia czarodzieja", bo o nim tu mowa, zaczęła się jednak moja "przygoda" z Januszem Korczakiem, zaczęłam szukać jego książek. Najpierw był Król Maciuś Pierwszy (zmasakrowany przez twórców kreskówki, czego nie mogę im darować, bo dla mnie ma on wciąż subtelną, delikatną i dziewczęcą twarz z rysunków Jerzego Srokowskiego) i jego śmierć - taka bezsensowna - na wyspie bezludnej... I ta konieczność dziecięcego zmierzenia się z chorobą, nieszczęściem, śmiercią oraz ludzkim okrucieństwem. Dziś dużo mówi się o bajkach terapeutycznych i podaje przykłady książek napisanych w celu oswojenia trudnych emocji i przeżyć - raczej nie wymienia się książek Korczaka, a przecież Maciuś, to nie tylko król. To także chłopiec bez matki, cierpiący z powodu śmierci ojca i krzywdy, jaka dzieje się innym. Cudownie empatyczny i niezwykle dzielny (w zupełnie innym sensie niż dzisiejsi komiksowi bohaterowie), sprawił, że moje dzieciństwo stało się pełniejsze. Potem przyszedł czas na Józki, Jaśki i Franki, Mośki, Joski i Srule.  "Bankructwo małego Dżeka". "Kiedy znów będę mały". I cudowny wiersz Jonasza Kofty, tak pięknie śpiewany przez Gawędę.
Stary Doktor? Raczej nie. Dla mnie zawsze był chłopcem w zabawnym ubranku ze zdjęcia umieszczonego w "Królu Maciusiu Pierwszym", chłopcem mówiącym: "I myślę, że lepiej dawać fotografie królów, podróżników i pisarzy, kiedy nie byli jeszcze dorośli i starzy, bo tak - to się zdaje, że oni od razu byli mądrzy i nigdy nie byli mali. I dzieci myślą, że nie mogą być ministrami, podróżnikami i pisarzami, a to nieprawda." A ja czytając te słowa myślałam sobie, że właśnie nie Stary Doktor, tylko mały Henio. Tyle lat minęło, a on tymi słowami, tak dobrze świadczącymi o jego znajomości dzieci, do dziecięcych serc ciągle trafia.

Notatka bierze udział w konkursie "Blogerzy dla Korczaka". Dodatkowe informacje o nim tutaj.

wtorek, 5 czerwca 2012

Lukier, cukier i edukacja...

Zaczęłam komentować komentarz, a potem zrobiło się tego za dużo, więc piszę nowy wpis
Tak Bubo, o coś takiego chodzi, o to lukrowanie wszystkiego, co z ED związane. Obserwuję to od początku naszej ED przygody. Zanim podjęliśmy decyzję o zabraniu dzieci ze szkoły, szukałam informacji i wszędzie było to samo: jeden lukier. A ja, jako rodzic i nauczyciel widziałam potencjalne problemy, o których nikt nie wspominał. I one pojawiły się, mimo mojego zapału i dobrych chęci. I tu stanęłam przed takim problemem: albo ja jestem beznadziejnym nauczycielem, który nie potrafi swych dzieci porwać, albo jednak nie jest tak lekko, jak na blogach piszą. Spotykam różnych ludzi, a im więcej rozmawiam z tymi, którzy mają w ED starsze dzieci, z tym większą ulgą oddycham. Nie jest ze mną tak źle.
Na pewnym etapie nauka, to sam zachwyt światem i zero przymusu (tak miałam z chłopcami zanim poszli do szkoły, tak mam teraz z młodą). Zazdroszczę tym, którzy potrafią (bo nie wątpię, że tacy są) tę dziecięcą radość poznawania ciągnąć od narodzin do liceum. My w ED weszliśmy dość późno, z masą szkolnych nawyków i zniechęcenia, ale też świadomością, że dzieci muszą się nauczyć pewnych rzeczy, czy mają na to ochotę czy nie. I ja muszę je do tego zmotywować, przekonać, zmusić... bo tu już nie ma żartów - trzeba opanować to i tamto, choć się tego nie lubi i się nie chce. Nie dlatego, że egzamin, ale dlatego, że to niezbędne w dalszej nauce. I to powoduje mnóstwo problemów: świadomość, że dziecko musi (no bo, sorry wodzu, musi, a tego musi jest strasznie dużo), a z drugiej strony peany rodziców, żeby się pochylić nad mrówką i z jej obserwacji wyciągnąć daleko idące nauki. Fajnie, ale z obserwacji żuczków czy muszek dziecko nie nauczy się choćby o rzeszy Ottonów czy dynastii Merowingów - tu trzeba siąść, przeczytać i nauczyć się. Można puścić film, można zrobić grę na ten temat, żeby było ciekawiej, ale też przesadne zagłębianie się w każdy temat, z każdego przedmiotu, może spowodować, że dziecko będzie znało żywot Karola Wielkiego w te i nazad, ale już procentu z liczby nie obliczy, bo czasu i sił zabrakło.
Dlatego ujmę to w ten sposób: dobra organizacja wszystkiego wymaga ogromnego wysiłku: od rodziców przede wszystkim, którzy muszą wybrać (szkołę, materiał, podręczniki, terminy...), zorganizować, przygotować, zaproponować, zmotywować i zachęcić. W zachwytach "jak wspaniale jest dziecku towarzyszyć w odkrywaniu" trochę tej informacji, jak ciężko może być, brakuje... Nauka w domu wymaga też ogromnej samodyscypliny u dziecka. Jej "wykuwanie" to duży wysiłek zarówno domowego ucznia, jak i uczącego rodzica. Nie twierdzę, że nie jest to piękne (zwłaszcza, jeśli spojrzeć na to z dystansu), ale nie jest też lekkie.
Myślę, że wystarczy mojego tłumaczenia się :-)

środa, 30 maja 2012

Marcepan, motyle i nauka :-)

Czasami mam wrażenie, że nasza edukacja domowa to ciągłe rozdarcie. Najpierw wybór: czy się zdecydować? Czy to dobry pomysł? Czy podołamy? Ten pierwszy rok był bardzo ciężki, przede wszystkim ze względu na sprzeczne wizje domowej edukacji: moją i dzieci. Bardzo chciałam, żeby było tak cudnie, że dzieci nagle stają się żądne wiedzy i z zapałem rzucają na każdą moją propozycję, a przy tym uczą się mimochodem i przy okazji. A tu zgrzyt. Dzieci wcale się uczyć nie chciały, trzeba było naganiać, prosić i grozić (powrotem do szkoły, głównie). Po przebrnięciu przez egzaminy, pojawiła się konieczność wyboru gimnazjum dla Szymka. Znowu szarpanina: które? To, które się zgodziło, czy to, które wydaje się mieć taką świetną ofertę. Prawie do końca sierpnia trwało to nasze siłowanie się. W końcu zapadła decyzja, ale zaczął się wrzesień i moja praca oraz, oczywiście, nauka chłopców. Tym razem podeszłam do sprawy realnie: nauki jest dużo i trzeba po prostu pracować. Solidnie, ciężko i systematycznie. Uniesienia edukacyjne to tylko krótkie chwile, na które trzeba solidnie zapracować. Nie ukrywam, w miarę odszkalniania dzieci, jest ich coraz więcej, ale nauczyłam się je traktować inaczej: jak motyle. Pojawiają się niespodziewanie, nigdy nie wiadomo w jakim zakresie i na jak długo, są piękne i ulotne. Trzeba się nimi cieszyć, chwalić, ale nie można ich wytresować. Można przywabić, ale nie zjawią się na zawołanie. Jednak ta świadomość wcale nie pomogła nam uniknąć głębokiego kryzysu, kiedy okazało się, że fajnie jest nie chodzić do szkoły, a jeszcze fajniej jest nic nie robić. A teraz będzie tytułowy marcepan ;-) i stwierdzenie, które usłyszałam z ust doświadczonej  EDmamy (która jest też z zawodu nauczycielką): niektórzy mówią o Edukacji Domowej, jakby się marcepanu najedli, a to ciężka robota jest...
Dziś Szymon zdał ostatnie dwa egzaminy (naprawdę ciężkie) i zaczynają się nam wakacje. Witek zdał jeszcze w kwietniu. Obaj wyniki osiągnęli rewelacyjne, a ja cieszę się, nie tyle z tych ocen, ile z tego, że Szymek na pytanie, czy nie chciałby iść do szkoły, gdzie egzaminy są łatwiejsze, stwierdził: "ale wiesz, jak się zda taaaki egzamin, to się ma satysfakcję". Dlatego w tym roku nie będziemy się szarpać i zostajemy w tych szkołach, które wybraliśmy. A ja idę łapać motyle... Te edukacyjne rzecz jasna :-)

sobota, 24 marca 2012

Wiosenne sensorełko

Wiosenne sensorełko ma wiosenne kolory: dominuje zieleń i żółć. Tym razem są to: 
  • zielone jajeczka, które można układać w małym pudełku (po 6 w każdej cząstce)
  • różowe jajeczka i odpowiednio większe pudełko
  • zielone i żółte pompony oraz szczypce do nich
  • zielone ceramiczne "kamyki"
  • styropianowe jajka
  • talerz na jajka
  • baranek z ceramiki o chropowatej fakturze (chętnie je zielone pomponiki)
  • żółty kurczak i zielone piórka na gniazdko dla niego
  • 3 pojemniki
  • wieszak na filiżanki, na którym można zawieszać jajeczka



wtorek, 31 stycznia 2012

Nowy regał i nasze cuda na nim :-)

Wiecie, co to jest?

Ściana Pełna Obietnic, na której już za chwileczkę stanie nowy regał. Tak, tak, deseczki to właśnie wnoszone elementy nowego mebla. 
Wprawdzie regał wyszedł ciemniejszy niż planowałam, ale trudno. Regał ma być po to, aby zmieściły się na nim wszystkie nasze montessoriańskie (i nie tylko) cudeńka. 
Po załadowaniu wygląda tak:

Prawda, że pięknie? Teraz mamy Regał Pełen Obietnic :-) Ponieważ fotki porobiłam hurtowo, to postaram się napisać jak najszybciej o tym, co (i dlaczego) tam się znalazło.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Rozkłady, plany i cykle... czyli jak się uczymy

Prawie jak "Szumy, zlepy i ciągi" :-) Kiedy się przygotowywałam do podjęcia decyzji o ED, często szukałam informacji na temat tego "jak" inni się uczą. Czas  podzielić się własnymi doświadczeniami w kwestii tego "jak".
Na pewno edukacji sprzyjają zmiany, wycieczki i uczenie się w czasie zabawy. Taka nauka jest fajna, ale... nie zawsze idzie ją pogodzić z tymi nieszczęsnymi wymaganiami i faktem, że w najmilszej nawet szkole trzeba się stawić na egzaminach.
Bywa też i tak, jak u nas, że zmiany przeszkadzają. No taką moje dzieci mają konstrukcję (a zwłaszcza jedno dziecko), że zmiany nie są mile widziane, a najfajniejszy dzień to taki, w którym wszystko jest przewidywalne i rutynowe. Obserwuję też, że kiedy chłopcy zaczynają funkcjonować w takim ciągu, to i efekty tego są najlepsze. Nauka mimochodem? I owszem, ale też i od godziny do godziny, według planu.
Plany mamy różne: całoroczne (najczęściej są to nauczycielskie rozkłady albo tylko spis tematów), które co jakiś czas zestawiam z tym, co już zrobione, aby "trzymać rękę na pulsie", mamy też plany tygodniowe, które są znacznie istotniejsze. Takie plany są krótkie, np. w tym tygodniu Szymka plan wygląda tak: 5 tematów z polskiego, z angielskiego skończyć moduł 6, z niemieckiego kapitel 5. Zrobić kinematykę z fizyki. Z matematyki skończyć proporcje, zrobić sprawdzian i jeśli będzie bez błędów, zacząć symetrie.
Wiem, brzmi nudno i szkolnie, ale jeśli wziąć pod uwagę, że książka do angielskiego ma 8 modułów, do niemieckiego 6, a symetrie to ostatni dział z matematyki (podobnie jak kinematyka z fizyki), to też widać, że to wszystko ma sens - wyrobić się z tym, co niezbędne, a potem bawić. Wiosną ;-) Plan Witka jest podobny, tylko mniej w nim przedmiotów.
Codziennie Szymek (I gimnazjum) robi lekcję z polskiego, matematyki, angielskiego, niemieckiego, pozostałe przedmioty robi przez tydzień, potem zmiana. Można by je całkiem "zblokować", ale tu miałam obawy, że fizyka zrobiona we wrześniu zostanie całkiem zapomniana, a tak to powraca co 6 tygodni. Tyle trwa taki nasz cykl. Każdy nowy tydzień zaczyna się od powtórki (i sprawdzenia) tego, co było wcześniej, dzięki czemu trochę lepiej się utrwala.
Do utrwalania zaczęłam wykorzystywać podręczniki i ksero. Niektóre mają naprawdę fajne plansze, więc je kseruję, wycinam, laminuję, potem tnę znowu (odcinam napisy, opisy). Zadaniem dzieci jest "odtworzyć" planszę lub ułożyć tabelkę i samemu sprawdzić (z książką) poprawność tego. Wymusza to przeczytanie i przemyślenie tych wiadomości. Oczywiście można z tego robić piękne karty w stylu Montessori, ale to zabiera sporo czasu, którego nie mam. Bardzo ważne bowiem okazało się staranne sprawdzanie tego, co robią - codziennie, najlepiej od razu po zrobieniu. Pozwala to wyłapać błędy i skorygować je natychmiast, jakoś też mobilizuje (i ich, i mnie) do wytężonej pracy.
Tylko na bloga czasu jeszcze mniej...

czwartek, 17 listopada 2011

Jesienne sensorełko

Jak już pisałam, chcę umieszczać tutaj moje pomysły na edukacyjne zabawy dla małego dziecka, dziś o jesiennym sensorełku Mimi. Więcej o samej idei pisałam tutaj, więc dziś tylko króciutko.
W sensorełku znalazły się:
- liście klonowe (niestety szybko się kruszą)
- żółte pomponiki różnej wielkości
- kasztany
- żółte piórka
- złote kamyki
- akrylowe "kryształki" w jesiennych kolorach
- 3 dziwne kule oklejone takimi plasterkami drewna i szyszka
- oczywiście łyżeczka, paleta do farb i pojemniki, żeby to wszystko można było sortować i przesypywać.


piątek, 21 października 2011

Czy kto widział dziób Dzióba?

Już się nawet nie będę usprawiedliwiać brakiem czasu - no jest jak jest - nie wyrabiam z czasem i organizacją. Chciałam tylko wrzucić karty z dziobami (w katalogu przyroda). Pomysł na dzioby pojawił się w związku z wykładem na Uniwersytecie Dzieci, w którym Tosiek ma jutro uczestniczyć. O dziwo przygotowanie kart zajęło mi (łącznie z drukiem i laminowaniem) jakąś godzinkę. Jestem w tym coraz lepsza :-)
Ostatnio przygotowałam też karty "grzyby" - bardziej do szkoły-pracy niż szkoły-domu, ale moje dzieci też korzystają - te karty też są w chomiku, dwa pliki w katalogu przyroda).
Wszystko biorę z Wikipedii (o czym informuję, więc zgodnie z regułami), można zatem podając źródło korzystać sobie z tego do woli.

środa, 21 września 2011

Czym się zajmuje malakologia?

Dziś na szybko, bo jeszcze mnie czeka drukowanie i laminowanie, żeby na jutro pomoc była gotowa:
- zainteresowały nas te wszystkie - logie. Na razie biologiczne. Dlatego korzystając z Wikipedii przygotowałam takie karty trójstopniowe w stylu Montessori. Pomoc dla dzieci starszych (ja to zrobiłam dla gimnazjalisty). Karty trzeba wydrukować, zalaminować i pociąć. Potem dziecko dostaje kartoniki bez podpisów i dopasowuje je, a karty z lewej kolumny służą do sprawdzenia, czy dopasowało poprawnie. Myślę, że potem można sobie podzielić to na nauki dotyczące zwierząt, roślin oraz jednych i drugich. Potem pewnie zrobimy z tego jakiś quiz. Macie jeszcze jakieś pomysły?
- zaczynamy działać według planu, który nawet już przyjął formę pisemną :-) późno w tym roku, ale za to teraz już ruszyliśmy na całego. Obecny plan jest taki, żeby codziennie były: matematyka, język polski i język obcy (oba lub jeden z
nich), a poza tym pracować tydzień nad jednym przedmiotem. Tak blokowo, bo na zasadzie: dziś biologia i chemia, a jutro fizyka i geografia, to zupełnie nam nie szło. Zobaczymy. Na razie mamy tydzień z biologią.
- moje biologiczne zdziwienie: zmieniło się nazewnictwo! Oglądamy rysunek komórki, a tu: siateczka śródplazmatyczna. Coż to takiego? Przecież duże, więc nie odkryte ostatnio... dopiero po dłuuuuższym czasie wymyśliłam, że to przecież retikulum endoplazmatyczne... Nowa dla mnie jest też nazwa "protisty".

poniedziałek, 5 września 2011

Praca, szkoła i nauka

Praca moja, szkoła też moja, a nauka dzieci (tych, które uczę i tych osobistych). Niestety sytuacja życiowo-finansowa zmusiła mnie do pójścia do pracy, pomimo że dzieci uczą się w domu i najlepiej by było, gdybym cały swój czas mogła poświęcać im. Na szczęście moja praca to tylko pół etatu, więc 10 godzin "przy tablicy" (pracuję 2 dni), a resztę robię wieczorami, a jest co robić, ministerstwo już o to dba - irytuję się na taką papierkologię, bo wolałabym ten czas poświęcić na przygotowanie "półproduktów" do zajęć. "Półprodukty" zaś muszę przygotowywać, bo mam zajęcia z najmłodszymi dziećmi, które pewnych rzeczy nie zrobią (lub nie zrobią tak szybko, aby to miało sens), a które można by kupić, tylko... więc czeka mnie wycięcie kilkudziesięciu kółek na następne zajęcia (jak dobrze, że kupiłam sobie specjalny cyrkiel do tego celu!). Tyle o mojej pracy.
Nauka dzieci domowych powoli się rozkręca - już nie ma narzekania, że trzeeeeba, i naprawdę muuuuszę? Zaczyna to iść coraz sprawniej. Wczoraj przygotowałam listy zadań do wykonania. Niestety, kiedy wróciłam (o 15, bo rada pedagogiczna) zadania nie były wykonane. Po moim głośnym wyrażeniu niezadowolenia z takiego wywiązywania się ze zobowiązań, dzieci uwinęły się (same) z robotą w godzinę (no, ale ja byłam i ta moja obecność jest nadal niezbędna). Nie jest zatem różowo. Z drugiej strony jeszcze rok temu nic nie byłoby zrobione, więc jest postęp. W dodatku starszy syn miał straszne wyrzuty sumienia i jestem przekonana, że w czwartek zrobi wszystko na czas.

czwartek, 1 września 2011

Pierwszy dzień września... bez dzwonka

Pierwszy dzień września... rozpoczęcie roku szkolnego. Białe koszule i niewygodne spodnie. Apel. List pani minister o "szkole z pasją" (pasja z łaciny znaczy "cierpienie, męka"). Ja wiem, że chodzi o to słowo w znaczeniu "bardzo silne upodobanie do czegoś, zajmowanie się tym z namiętnością", ale przez głowę przemknęła mi myśl, że pasja to także wściekłość. Hmmm, nauczyciele dostający "szewskiej pasji" kiedy okazuje się, że zamiast uczyć, muszą stworzyć kolejny dokument. I jeszcze jeden... Misja, wizja i pasja. O tak.

A my? Z radością NIE uprasowałam koszul i NIE musiałam się martwić, czy spodnie nie są za małe. NIE musiałam się irytować słysząc pytanie "a czemu nie byliście w kościele?" (choć wszyscy wiedzą czemu). NIE wzrusza nas, która klasa zaczyna lekcje od której godziny - wstajemy jak się wyśpimy. I NIE obchodzi nas ile kartek ma mieć "zeszyt uwag" oraz jaki kolor spodni jest jeszcze strojem galowym, a jaki już nie.
Zamiast tego wszystkiego chłopcy siedząc na dworze zrobili po kilka zadań z matematyki, jakieś ćwiczenia z angielskiego, omówiliśmy podręczniki z języka polskiego, porozmawialiśmy o wybuchu wojny. Obejrzeliśmy nowe pocztówki (z USA i Brazylii!!) A potem był basen, książki, ciekawy film. Dzień jak co dzień :-) Bez dzwonka.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Nauka czytania metodą Domana

Nauka czytania metodą Glenna Domana budzi wiele kontrowersji.  Przeciwnicy twierdzą, że języka polskiego, w którym "wygląd" słowa zmienia się w zależności od przypadku czy osoby, metodą tą nie da się uczyć Zwolennicy zaś twierdzą, że to nie do końca prawda. Jak jest? My na razie pomalutku testujemy własny zestaw (o tym w innym miejscu), ale bardzo chętnie sięgnęłybyśmy i po ten, który można wylosować na blogu Wczesna Edukacja czyli Antka i Kuby świata odkrywanie.






 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Wakacyjne rozrywki Tolka ;-)

Moje dziecko ogłosiło, że nie cierpi angielskiego :-( i nie chce się go uczyć... Moje dziecko uwielbia za to audiobooki. Jest też miłośnikiem Harrego Pottera (niektóre tomy czytał po kilkanaście (!) razy - takie tam dziwactwo). Dlatego powiedziałam, że Harry Potter w audiobooku i owszem, ale tylko po angielsku. Jestem genialna! Efekt: dziecko cały dzień słuchało pięknej angielszczyzny, co chwilę przybiegając, że "a wiesz, jak jest praworęczny po angielsku?". To, że w trakcie słuchania z wielkim skupieniem oglądało ćwiczeniówki do ortografii, pomińmy milczeniem...

piątek, 5 sierpnia 2011

Świat jest dziwny...

Jak to jest, że te blogi, na których rozwoju mi najbardziej zależy, czyli:
GadżetoMama
Fumfle
czy To moja praca!
co i rusz utykają, a te dwa, które już od jakiegoś czasu traktuję po macoszemu, zostały nominowane do blogowej zabawy (za co nominującym serdecznie dziękuję!). Wydaje mi się, że zależy to od tego, że GadżetoMama i Fumfle są trochę "komercyjne" i to pewnie jest wyczuwalne. Tu zaś piszę, gdy mię coś leży na duszy. Ewentualnie chcę się pochwalić. Ale czemu blog Mimi leży i kwiczy? No, dobra, dajmy mu szansę, jeszcze się rozwinie. Wracając do zabawy, jej zasady są takie:
1. Wkleić link blogera, który przyznał nagrodę i ładnie podziękować :)
1. Nominację nam przyznała Czyżyk, której bloga z prawdziwą przyjemnością odkryłam :-) Dziękuję!
2. Skopiować i wkleić logo do swojego bloga.
2.
3. Napisać o sobie 7 rzeczy
Ba, to dopiero! Będzie mało odkrywczo. 1. Jestem mamą i kocham to. 2. Jestem nauczycielką swoich dzieci, które uczę w domu i to też lubię. 3. Jestem nauczycielką innych dzieci, co było moją pasją, ale... troszkę się porobiło... 4. Od września wracam do pracy. 5. Boję się, czy w mojej pracy zawodowej znów odnajdę to, co kiedyś mnie tak nakręcało. 6. Ilość możliwości, jakie się wiążą z edukacją dzieci, czasami mnie przerasta. 7. I jak mam za dużo tego wszystkiego, to popadam w jakiś taki bezład decyzyjno-myśleniowy.
4. Nominować 16 innych blogerów (oprócz tego, który nominował nas)
No to lecimy, czyli blogi, które regularnie odwiedzam, kolejność kompletnie przypadkowa. Najpierw chciałam podać inne tu i inne tam, ale to jednak za dużo. Moja lista przedstawia się tak:

1. Wyspa Skarbów
2. Do dzieci z pasją

5. Wystawić im komentarz informujący o nagrodzie i nominacji.
Prędziutko biorę się do roboty :-)

niedziela, 31 lipca 2011

Długi deszczowy... lipcopad

Długi deszczowy tydzień przerodził się w długi deszczowy miesiąc. Wizja projektów robionych w upalny dzień w cieniu parasola i Mi bawiącej się beztrosko w wodzie, powoli zaczyna odchodzić w siną dal. Nawet jeśli przyjdzie lato, upałów raczej nie będzie (jakby co, gotowam odszczekać). Wciąż jednak mam nadzieję, że uda nam się skończyć naszą ścieżkę sensoryczną i zrobić "wodną ścianę". No cóż, nadzieja matką głupich. A propos imienia Nadzieja: był pomysł, żeby Mi miała tak na imię. Moja pierwsza reakcja - "nie zrobię tego swoim potencjalnym wnukom" ;-)
Póki co zadowalamy się zajęciami w domu. Tosiek oddaje się swojej czytelniczej pasji pochłaniając kolejne tomy (niektóre czytając kilkakrotnie pod rząd... ale to inna bajka). Muniek zaś uprawia "prace ręczne". To co w szkole było katorgą, powoli staje się ulubionym zajęciem. I tak, po wielu godzinach, skleił model PZL p.11 c. Model jest zrobiony z kartonu, który trzeba było podkleić i wyciąć. Wiele godzin pracy, a efekt wspaniały.
Tylko ja jakaś taka rozbita i niepozbierana. Stąd decyzja o komputerowym odwyku i używaniu go tylko wtedy, gdy trzeba. Staram się w ciągu dnia notować, co mam zrobić, sprawdzić i uruchamiać go jak najrzadziej, odfajkowując z listy. Zamiast godzin spędzonych bezproduktywnie na "nie wiem czym" przy komputerze, staram się wykonywać pomoce do nauki.Robi się tego coraz więcej, niestety miejsca na ich przechowywanie jakby coraz mniej...

czwartek, 9 czerwca 2011

Błotny stolik

Do zrobienia takiego zainspirował mnie któryś blog (nie umiem teraz znaleźć), na którym dzieci robiły zupę z błota i trawy. Przypomniały mi się podobne zabawy z dzieciństwa, więc postanowiłam zrobić coś podobnego dla Mimi. Błotny stolik został umiejscowiony między elementami placu zabaw. Pomysł mój, wykonanie: Dziadek, a w akcji: (mieszanie, przelewanie i wychlapywanie) Mimi.











Oczywiście, zgodnie z zasadami Montessori, początek i koniec pracy powinien wyznaczać fartuszek. Spieszę więc zapewnić, że takowy został zakupiony i wisi, ale na zdjęcia się nie załapał ;-)

wtorek, 7 czerwca 2011

Mamy zgodę!

Wczoraj dotarło do nas pismo - zgoda na edukację domową Szymona. Kamień spadł mi z serca! Radość mąci jedno sformułowanie: termin egzaminów został wyznaczony na czerwiec... Ja bym wolała egzaminy rozłożyć w czasie, ale wciąż mam nadzieję, że to kwestia dogadania się z nauczycielami.
Możemy z pełnym spokojem jechać na wakacje - wprawdzie tylko tydzień, ale już nie mogę się doczekać - uwielbiam morze. Dla Mi to będzie jej pierwsze z nim zetknięcie. Ciekawe jak sobie poradzi z chodzeniem po wielkiej piaskownicy? Na schodach daje sobie radę świetnie!

czwartek, 2 czerwca 2011

Zabawki i ich miejsce

Mimi ostatnio mnie nie rozpieszcza - jest bardzo absorbująca i nie mam czasu na to, żeby siąść i w skupieniu poczytać czy coś napisać. Dziś udało mi się jednak ponownie przeczytać część tekstu "Radosne dziecko".  Doszłam do wniosku, że tak sobie kolejno wynotuję to, co akurat wydaje mi się najważniejsze w tym tekście:
Zabawki i ich miejsce - to zasada, którą wdrażam od dłuższego już czasu. Część zabawek niemowlęcych powędrowała w inne rączki, część na strych. To, co Mi jeszcze interesuje zostało posortowane i ułożone w pudełkach. Pomogło to opanować nadmiar i chaos, ale dziś zrozumiałam, że nie jest to do końca dobre rozwiązanie, ponieważ pudełka są zamknięte i Mimi straciła nimi zainteresowanie. Czasem jej wyciągam któreś pudełko, ale to zdecydowanie nie jest to, o co chodzi. To wymuszone zajęcie pod dyktando mamy, nie własna aktywność.
Stąd konieczność przemeblowań. Muszę opróżnić jedną szafkę w kuchni i tam umieścić część rzeczy, aby była łatwo dostępna - teraz np. koszyk z nożyczkami stoi wysoko, podobnie kredki - są, gdy Mi się o nie upomni (wchodzi na krzesło i się awanturuje pokazując na komódkę lub wyrywając mi długopis z ręki). Muszę kupić drewniane tacki, choć kuszącym rozwiązaniem są też komódki z kilkoma szufladkami (te szufladki nawet w kształcie są podobne do tacek...). Zobaczymy. W pokoju cała dolna półka jest dla małej, ale dużą część zajmują książki. Musimy wymyślić jakiś system przechowywania tego wszystkiego - może Ikeowski trofast? Jedyny problem, że on niezbyt piękny jest (taki plastik)...
Stolik do pracy - myślę, że najwyższy czas na zorganizowanie takiego miejsca do pracy. Stolik jest, tylko bardzo, bardzo brzydki, myślę więc o jego przemalowaniu. Ewentualnie stolik powędruje na podwórko, a do domu kupimy coś ładnego. Wszak M. Montessori zwraca uwagę na to, że dziecko powinny otaczać ładne rzeczy.
Sprzątanie - czyli odkładanie jednej zabawki na miejsce zanim weźmie się drugą. Staram się tego bardzo pilnować, ale czasami wydaje mi się, że stoję na z góry przegranej pozycji. Wtedy staram się zobaczyć to, co pozytywne: wszystkie książeczki stoją na półce, a Mi nie zrzuca ich dla zabawy (jak bywało), a kiedy weźmie jakąś, to ją odnosi - nie zawsze na półkę (choć i tak się zdarza), ale choćby w jej pobliże. Zabawki czasem są wywalane, ale ostatnio dałam jej taką układankę (zniosłam ze strychu), oglądała ją w kuchni, a potem zabrała do pokoju - zajęta czymś, nie zwróciłam uwagi na to, gdzie. Potem odkryłam, że układanka leży w koszyku! Sama, bez proszenia, ją tam zaniosła - była to nowa zabawka, więc mała zastosowała wyuczone zachowanie do nowego przedmiotu - duuuuża sprawa! Zauważyłam też, że jeśli w pudełku jest jedna zabawka (nawet kilkuelementowa) to tam wróci i wystarczy lekko rzucona uwaga - przypomnienie, ale jeśli jest to kilka zestawów, to po wyjęciu jednego, trzeba wyjąć kolejny i kolejny (żadnym się nie bawiąc), a już absolutnie nie ma mowy o odłożeniu czegoś po zabawie do pudełka, jeśli w nim już jest inna zabawka.
Trochę namotałam, ale chodzi mi o to, że zasada: mało zabawek, pojedynczo, łatwo dostępne (do wyjęcia i sprzątnięcia) ma więcej sensu, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Zaczyna się sprawdzać to, że dziecko lubi porządek. Tylko trzeba mu to umożliwić.

poniedziałek, 23 maja 2011

Pomarańczowe sensorełko




Hmmm, nie wiem czy to dobra nazwa, ale taka mi właśnie przyszła do głowy. Mamy anglojęzyczne nazywają to "sensory bins" albo "sensory tubs" . Tak, czy siak, idea mi się podoba, dlatego też zaczęłam robić coś takiego. Na początek trzeba jednak dość sporo wydać (chyba, że ktoś ma porządne zbiory różności w domu) i kupić to i owo. W skład pomarańczowego sensorełka weszły:

koszyczek - osłonka na doniczkę,

piórka,

szczypce,

torebka ze sznurkami, a w niej duża szyszka,

kwiatkowa paleta do farb (z ceramiki),

blaszane pudełeczko (było dołączone do pasty do zębów),

2 bransoletki,

kwiatki z modeliny (utwardzone).

Po dotarciu kolejnych przesyłek (ale już po zrobieniu zdjęć) dołączyłam:

2 pomponiki

garść żółtych i pomarańczowych akrylowych "kryształków".

Początkowo Mimi bawiła się tym dość chaotycznie i sądziłam, że po 2-3 obejrzeniach pudełka nie będzie nim zainteresowana. Tymczasem zabawa z dnia na dzień stawała się coraz dłuższa, każdy przedmiot jest po wielokroć oglądany i sensorełko nie traci na atrakcyjności.